Sklepików i knajp w Stambule jest tyle, co kamieni nad Bałtykiem. Dlatego ucieszyłam się, kiedy znalazłam w norymberskiej księgarni przewodnik, bardziej „rekomendnik”, Glücksorte in Istanbul. Autorka, dziewczyna o tureckich korzeniach, wygrzebała z oceanu opcji dostępnych nad Bosforem, kilkadziesiąt miejsc, godnych jej zdaniem zauważenia i odwiedzenia. Był tam i pchli targ, Flohmarkt po niemiecku.
W poszukiwaniu jednego z owych tytułowych Glücksorte, szczęśliwych miejsc, wylądowałam na stacji metra Osmanbey (jedna stacja za placem Taxim). Dalej Google Maps poprowadziła mnie jak po sznurku. Już tradycyjnie, jak to w Stambule pojawił się także mniej oczywisty przewodnik i jego zaśpiew. Starszy mężczyzna z czapeczką kufi na głowie popychał przed sobą zardzewiały, poskrzypujący wózek. Lawirował przy tym bardzo sprawnie na prawym pasie ruchu, unikając kolizji z przejeżdżającymi od czasu do czasu autami. Zbieracz staroci, no bo kto mógł mi się objawiać w drodze na Flohmarkt? No ba!





Flohmarkt, czyli po naszemu pchli targ, to coweekendowy niemiecki rytual. W dodatku hala Ferikoy Antikbazari, bardzo przypominała mi industrialny garaż, który zamieniany co jakiś czas w targ staroci, odwiedzałam w Norymberdze dość regularnie. Poczułam się jak u siebie, co w tym przypadku było raczej małym rozczarowaniem. No bo gdzie ten orientalny duch, którego się spodziewałam? Nie ma! Moje turystyczne roszczenie jak już nie orientalności, to przynajmniej stambulskiego chaosu, zderzyło się z niemal niemieckim zimnem betonu i stali bazarowej konstrukcji, równo poustawianych stolików i starannie poukładanego towaru. Brutusie Stambule i ty mi to robisz?
Na szczęście, był to tylko krótki przebłysk rozczarowania, który rozproszył się prawie natychmiast po wkroczeniu w bazarową przestrzeń. Bo te złote pośmiertne maski Atatürka, a te klucze wielkości wszelkiej, a telefony, plakaty, dywany i moje ukochane filiżaneczki, kieliszeczki. W tym wszystkim przeslizgujący się między stoiskami sprzedawca, dzierżący w dłoni wiszącą na sznurkach tackę z bujającymi się w rytm jego kroków ustawionymi na niej szkleczkami z herbatą.
Bujałam się między straganami jak owa tacka w rękach sprzedającego herbatę chłopaka. Nieśpiesznie i z wdziękiem. Trafiłam w końcu na stoisko z książkami, a że byłam akurat w trakcie poszukiwań czegoś na temat Usküdar i Kadiköy (dzielnice Stambułu), zapytałam czy nie mają czegoś na ten temat. Nie mieli, ale „nie mieli” nie tak do końca, pani poprosila, żebym wpadła za 15 minut ona zadzwoni do szefa i być może za chwilę będą mieli. I tu już całkiem poczułam się bezpiecznie i uspokoiłam, że jednak nie trafiłam do „Niemiec” w Stambule.
Wszystkie moje teksty
są dostępne za darmo
– bo wierzę w dzielenie się opowieścią
i przydatną informacją.
Jeśli jednak uznasz, że coś Ci dały,
możesz zostawić mi napiwek,
symbolicznie zaproszając mnie
na kawę albo piwo:)
☕️🍺.
To drobny gest, który bardzo realnie pomaga mi pisać dalej.

Po 15 minutach mieli. Czekały na mnie trzy oprawione w folię nowiutkie pozycje. Pocmokałam, poprzyglądałam się, pokiwałam głową, że ok jedną z nich biorę. Na okładce nabita cena 350 lir, ok myślę sobie, nie mam czasu chodzić po księgarniach, niech będzie. Na to Pani do mnie 650 lir. Strzał prosto w serce. Jawne nadużycie! Ale, że tak bez ogródek przy nabitej cenie? Ale, żeby mnie doprowadzić do stanu, w którym zatęsknię za Deutschlandem? Pani próbowała się targować, ja uparcie, że nie ma mowy 350 i ani lira więcej. Strzeliłam focha numer 27 (jeden z lżejszych w formie) i poszłam sobie.
Już na alejce za bazarem, pani mnie dogoniła i z promiennym uśmiechem, że ok, że 350, że to szef musiał się na to zgodzić, że to nie od niej zależało. Uśmiechnęłam się do Pani, tym cieplej, że przecież takie rzeczy to nie u mnie na norymberskich śmieciach, i poszłam odebrać wywalczony fochem towar. Włożyłam dość grubą książkę do plecaka tak, żeby nie uszkodziła dwóch ślicznej urody filiżaneczek, zakupionych na innym stoisku i ruszyłam z powrotem na stację Osmanbey. Po drodze trafiłam jeszcze na tycią kawiarenkę, w której serwowali złote eklery. Niestety wszystkie liry wydałam na bazarze. Na propozycję opłaty w euro kelner tylko skrzywił się lekko. Korzyść z tego taka, że mam już zaplanowaną przy następnej okazji ponowną wyprawę na Osmanbey, prawie jak Argonauci, po złotego eklera. Dam wam znać, jak smakował;).
Cumhuriyet Mahallesi, Semt Pazari No:8, 34380 Şişli/Stambuł, www.ferikoyantikapazari.com
Özge M. Kabukçu, Glücksorte in Istanbul. Fahr hin & werd glücklich, Droste Verlag, Düsseldorf 2022.
