Stacja metra Kazlıçeşme. Dojeżdżam tu z Şirkeci kolejką Marmaray. Wita mnie kot patrolujący teren z wysoko, niczym lanca, podniesionym ogonem. Strażnik peronu. Skoro gołębie w Krakowie to zaklęci wojowie, może i w Stambule, tak tłumaczyłaby się duża liczba kotów? W końcu do obrony samych murów potrzeba było najmniej 10 000 chłopa. Szybko namierzam kierunki i ruszam w ten dzień, zaopatrzona w słońce na niebie i z ciekawością w sercu, za to bez lir i z wyczerpaną z impulsów Istanbulkart.

PO DRODZE DO ZŁOTEJ BRAMY
Na początek krótki spacer wzdłuż murów. Jeszcze cmentarz po drodze. A tam osmańskie zawijasy na nagrobkach, równie niezrozumiałe dla mnie, jak i dla większości mieszkańców Stambułu. Efekt reformy – eksperymentu, jaki – zmieniając alfabet z arabskiego na łaciński – Ataturk przeprowadził na swoich rodakach w 1928 r. Nie wiem czy można to porównać do czytania łacińskich inskrypcji na nagrobkach polskiej szlachty – u nas przynajmniej alfabet jest taki sam.
Trafiłam w miejsce dawnej bramy przeznaczonej do publicznego użytku. Podobnie jak Złota Brama, która była głównym celem mojej wycieczki, i tą zwano Złotą (dzisiaj Yedikule Kapisi). Setki lat temu wypełniał to miejsce gwar ludzkiej ciżby (tak przypuszczam), setek ludzi w drodze „do” i „z” Konstantynopola. Przez Via Egnatia, rzymską drogę, z najdalszych zakątków zachodniego Cesarstwa docierali tutaj kupcy, rzemieślnicy, poselstwa, czy prości chłopi szukający szczęścia w stolicy Imperium. Kto wie, może tędy właśnie przybył do miasta Justyn, chłop z Tracji, który po latach wojskowej służby, zostanie cesarzem, a jego siostrzeniec Justynian jednym z najwybitniejszych władców w historii.
Cisza zawieszona w tym miejscu przypomina mi tę po koncercie, pełną jeszcze brzmienia, kiedy ostatnie akordy są obecne, choć już nikt nie gra, kiedy pojawia się oczekiwanie na więcej, świadomość końca a potem tęsknota, za tym co przeminęło. Ta mikrosekunda tu zamrożona w godziny i lata. Na wieki. Tak jakby echo historii powtarzało dawno przebrzmiałe odgłosy życia, które choć przeminęło, ciągle porusza.
ZDOBYWCY
Minęłam ledwie parę osób, jakiś warsztat dla motocykli, małe sklepiki, wystawione na jezdnię miniaturowe stoliczki i niskie taborety. Można odetchnąć chwilę i odprawić w spokoju rytuał picia herbaty. Ktoś tu przed chwilą celebrował. Na stoliku stały jeszcze dwie tulipanowe filiżanki z resztkami niedopitego naparu. Trochę dalej, na taboreciku wystawionym na sam środek chodnika, siedział jeden z potomków zdobywców Konstantynopola, nie wiem: czy spadkobierca republikańskich idei Atatürka, a może erdoganowy zwolennik popierający powrót do muzułmańskiej prawomyślności? W skupieniu wstukiwał coś w klawiaturę swojego smartfona. Chyba wtedy pierwszy raz pomyślałam: oto ci którzy przybyli, zwyciężyli, zaludnili, zaorali, zakorzenili się. Choć nigdy do końca nie pozbyli się poczucia, że nie całkiem są u siebie. Na balkonie suszyło się pranie, wywieszone niczym flagi informujące o tym, że ten kto wywiesza ma prawo własności.


Już w kasie do Zamku Yedikule, dwóch młodych i przystojnych (a jakże) Turków, nacięło mnie na dodatkową opłatę, bo płacę w euro a nie w lirach. Oni to robią tak rozbrajająco uroczo, że już tylko się śmieję. Niech stracę! Oto namiastka haraczu. Taka nieoficjalna taksa i atrakcja turystyczna w jednym.
ZŁOTA BRAMA
No i jest. Złota brama, miejsce chwały i celebracji. Wzniesiona przez Teodozjusza I w latach 388-391, aby uczcić jego zwycięstwo nad uzurpatorem Magnusem Maksymusem. Dzisiaj w nikłym stopniu przypomina ostatni Łuk Tryumfalny starożytności. Potrójna arkada, zawierająca duży centralny łuk, a po jego bokach dwa mniejsze, nadal jest widoczna. Jednak już w czasach bizantyńskich została zamurowana. Najpierw stała się częścią fortyfikacji, spełniającą czysto obronne funkcje, następnie pod koniec okresu bizantyńskiego twierdzy, która w czasach osmańskich została przebudowana i przekształcona w więzienie (Zamek Yedikule).

Gigantyczne drzwi bramy podobno faktycznie pokryte były złotem. Dopiero w 965 r. zastąpiono je drzwiami z brązu. Cała konstrukcja wykonana była z wypolerowanego marmuru bez użycia zaprawy. Do miasta wjeżdżali tędy cesarze podczas uroczystych celebracji odniesionych przez nich zwycięstw. Po Teodozjuszu swoje tryumfy świętował tutaj: Herakliusz po pokonaniu Persów, Konstantyn V, Bazyli i Bazyli II po pokonaniu Bułgarów, Jan I Tzimisces po pokonaniu Rusinów, Teofil i jego syn Michał III po zwycięstwie nad Saracenami.
Ostatni uroczysty wjazd miał miejsce w 1261 r., kiedy Michał Paeolog, celebrował odbicie Konstantynopola i całego cesarstwa z rąk łacinników. Tędy uroczyście przybywali do miasta legaci papiescy, czy sam papież Konstantyn w 710 roku. Po 1261 nie było już czego świętować. Cesarstwo ponosiło praktycznie same porażki. Nie wiem czy z tego powodu, czy ze względu na postęp w technikach oblężniczych, i narastające zagrożenie m.in. ze strony Turków, bramę zamurowano i włączono do obronnego systemu fortyfikacji.
ĆWICZENIA Z WYOBRAŹNI
Bardzo muszę się wysilić, żeby wyimaginować te wszystkie tryumfy, wjazdy ceremonialne. Sytuację ratują nieco słonie. Zaprzęgnięte do kwadrygi, powożone przez samego Teodozjusza I obok innych posągów zdobiły szczyt bramy. Te już swobodniej, wjeżdżają do mojej wyobraźni, ciągną całą wizualizację siłą czołgu bojowego. Jednak ciągle coś się nie skleja. Ratuję się fotkami rzymskiego łuku tryumfalnego Septymiusza Sewera. Zdecydowanie to nie ten styl. Jak wskazują na to internetowe wzmianki, moja wyobraźnia powinna udać się bardziej w kierunku Kijowa i tamtejszej bramy, która na bizantyńskiej była wzorowana. Efekt osiągam raczej zgrzebny, bardziej na miarę Bolesława Chrobrego niż cesarza bizantyńskiego. Wstawiam kwadrygę i słonie z posągami na szczyt kijowskiej bramy. Wychodzą mi z tego słonie na Wawelu.
Kiedy odnajduję wreszcie w przepastnych zasobach internetu wizualizację tego miejsca, wszystkie klocki składają się w imperialną całość. Zobaczyłam, usłyszałam, poczułam. Miarowy przemarsz męskich ciał, tych którzy przeżyli, szczęk oręża i dźwięk trąb, wiwaty tłumów. Majestat. Oto oczyszczeni z winy żołnierze wracali do miasta. Bo właśnie temu ponoć pierwotnie służyły łuki tryumfalne, celebracji oczyszczenia z win, z całego zła, które trzeba było uczynić, aby te zwycięstwa odnieść. Zło i smutek pozostawały przed bramą. Może i to było główną motywacją Teodozjusza – odkupienie za zamordowanie Magnusa Maksymusa, człowieka, który poddał mu się wierząc w jego łaskawość.

Słonie w mojej imaginacji, przyznam, nieco się zagalopowały i wjechały na szczyt Zeppelinfeld przy Reichsparteitagsgelände w Norymberdze. Tu pasują jak ulał.
BIZANTYŃSKA KRONIKA FILMOWA
Kiedy myślę o historii tego miejsca, uruchamiam kombinację faktów i anachronizmów. „Wyświetla” mi się PRL-owska w stylu kronika filmowa. Dla młodszych czytelników zamieszczam przykładowy program poniżej.
MURY POCZĄTEK
Odcinek z 391 r. Lektor, głosem Andrzeja Łapickiego entuzjastycznie obwieszcza, że oto została ukończona pierwsza część prac związanych z nowym planem zagospodarowania przestrzeni miejskiej i rozbudowy obwarowań. Miasto boryka się wszak z poważnym problemem przyrostu ludności. W krótkim czasie przybyło ok. 100 000 nowych mieszkańców, z których duża część mieszka poza granicami wyznaczonymi przez mury Konstantyna Wielkiego. Już wkrótce mieszkańcy stołecznego miasta Konstantynopola będą mogli się czuć bezpiecznie. Nowe mury, przesunięte o ok. 1,5 km w stosunku do starych uwzględnią granice aglomeracji w jej nowym kształcie, a ich nowatorska realizacja sprawi, że żaden barbarzyńca się nie prześliźnie. Potem przebitka na uroczysty wjazd Teodozjusza I i maszerujące wojska.


Następny odcinek to już rok ok. 410 – widać, cześć gotowych obwarowań. Lektor, równie entuzjastycznie co poprzednio, informuje o planach Teodozjusza I. O tym, że Złota Brama była pierwszą realizacją w ramach powziętego wcześniej planu rozbudowy obwarowań. O tym, że plan budowy całości podjął syn Teodozjusza I, Arkadiusz, a kontynuuje Teodozjusz II. Na placu budowy widać przechadzającego się Artemiusza, prefekta pretorium Wschodu, głównego realizatora i „kierownika” budowy. Objaśnia rzeczowo techniczne założenia powstających fortyfikacji: że to będzie kompleks składający się z fosy, muru zewnętrznego i wyższego od niego o 12 metrów muru wewnętrznego. Każdy z tych elementów oddzielony zostanie od siebie dodatkowo wewnętrzną terasą, co da w sumie ok. 64 m szerokości fortyfikacji. Absolutnie nowatorskie i pionierskie rozwiązanie. Fosa zostanie podzielona w pewnych odstępach poprzecznymi murami, aby zapobiec wypływaniu wody, a niektóre jej części będą spełniać także funkcję akweduktów, poprowadzi się w ich wnętrzu ceramiczne rury doprowadzając w ten sposób wodę do miasta.
Wokół widać krzątających się „robotników”. Spiker informuje, że budowa murów stała sie sprawą społeczną, obywatele przekazują na ten cel darowizny, a przedstawiciele najbardziej wpływowych ugrupowań w mieście, kibice rywalizujących ze sobą na hipodromie drużyn, delegują swoich przedstawicieli do robót publicznych. Widzimy właśnie przy pracy przedstawicieli drużyny Zielonych. Kibice Niebieskich, aby nie prowokować niepotrzebnych zamieszek, skierowani zostali na inny obszar budowy.
KONSTRUKCJA MURÓW
Odcinek z 4 kwietnia 414 r. operator z rydwanu transmisyjnego pokazuje ogrom właśnie ukończonego przedsięwzięcia. Przemierza trasę od okolic brzegu Złotego Rogu przy Blachernie po Złotą Bramę położoną niedaleko morskiego brzegu, i dalej do brzegów Morza Marmara. Łącznie ok. 6,5 km (do dzisiaj zachowało się 5632 m z pominięciem fortyfikacji blachernianskich, te pochodzą z późniejszego okresu). 96 wież w murze zewnętrznym, 92 wieże w wewnętrznym – wylicza spiker, 2500 kazamat, stanowisk łuczniczych w murach zewnętrznych. W razie zagrożenia do obrony na murach skierowanych zostanie najmniej 10 000 żołnierzy. Imponujące. Obywatele Konstantynopola mogą spać spokojnie.
A MURY RUNĄ
Zapewnienia spikera prawie się sprawdziły. Mury Konstantynopola nie zdadzą egzaminu tylko raz, w 1453 r., kiedy to Mehmet II Zdobywca zakończy średniowiecze i odeśle Cesarstwo Bizantyńskie do lamusa historii. Zdobycie Konstantynopola przez łacinników w 1204 r. i odzyskanie Konstantynopola z rąk łacinników w 1261 r. były raczej wydarzeniami z zakresu rozgrywek dyplomatycznych i intryg dworskich niż strategii wojskowej.
ZA KULISAMI
Jak już tak się rozgrzałam w tych imaginacjach, przechodzę na dalszą część fortyfikacji, przez przejście w lewej arkadzie dawnej Złotej Bramy. Trafiam na mały dziedziniec, który prowadzi do pozostałości muru kurtynowego. Ten odgradzał bramę od potencjalnych napastników. Żeby się dostać z Via Egnatia do Złotej Bramy najpierw trzeba było przejść przez Małą Złotą Bramę. Nagle zdaję sobie sprawę, że stoję w kulisach teatru historii. To tutaj zapewne, tak sobie fantazjuję, zbierali się, szykowali do występu aktorzy „tryumfalnego spektaklu” , który przed mieszkańcami Konstantynopola miał się rozegrać, po tym jak kurtyna w postaci wrót Złotej Bramy uchyli swoje podwoje. Stąd cesarz i żołnierze uroczyście wkraczali do miasta. Trochę kulisy, a trochę konfesjonał: to tu przecież zostawiali wszystkie swoje grzechy.


Przeskakuję po resztkach murów. Klimat powiedziałabym swojski. Brakuje tylko jakiejś miejscowej ekipy, popijającej rakije, albo whisky. A „ O naturze duszy” Pani czytała? Niesie echo po resztkach dawnych fortyfikacji. Bo jak ulał pasuje tu ekipa z nadmorskiego molo, którą, kiedyś zastałam popijającą wódeczkę o 6 rano gdzieś w okolicach Mielna. Miejscowy lider, tym pytaniem, postanowił sprawdzić moją erudycję.
W miejsce ekipy z Mielna, wyobrażam sobie dwa upadłe Imperia, które spotykają się tutaj, popijać to i owo, a przy okazji wylewać dawne żale. Wszak nic tak nie zbliża jak wspólne nieszczęście. Bizantyńskie przepija do Osmańskiego z lekkim uśmiechem „widzisz kochanieńkie – mówi Bizancjum – wszyscy skończymy w lamusie. Stuka wylewnym gestem w puchar Osmana, przymyka lekko oczy i sprawnym ruchem, nie ukrywając smutnej satysfakcji, wlewa w siebie zawartość swojego kieliszka.
WSZYSTKIE SMUTKI IMPERIUM
Miejsce tryumfów, ceremonii, radości, wspólnotowego snu o mocy, dzisiaj – trzeba to przyznać – jest nieco martwe. No ale każde zwycięstwo to czyjaś porażka, więc może faktycznie karma powraca. A może wszystkie smutki zostawione przed, Złotą niegdyś, bramą wraz z Turkami przedostały się na drugą stronę? Rękami Osmanów dokonały odwetu i upomniały o swoje miejsce w historii, dawny teren tryumfów czyniąc „świątynią” mordu.
CZYTAJ TUTAJ: artykuł o więzieniu w Zamku Yedikule i jego polskich więźniach.


Odreagowałam nieco smutki podziwiając zapierające dech widoki na morze i miasto ze szczytu Złotej Bramy. Potem ruszyłam w kierunku Peribleptu, klasztoru, z którego Mehmet II ponoć uszczknął nieco cegieł, aby wybudować Yedikule. Nie było to zaplanowane, ale poczułam, że to dobry kierunek na ten dzień i się nie pomyliłam.
CZYTAJ TUTAJ: relacja z wizyty w ormiańskim kościele św. Jerzego, dawnym klasztorze Peribleptu.
CZYTAJ TUTAJ: jak dotrzeć do Złotej Bramy i Zamku Yedikule
Wszystkie moje teksty są dostępne za darmo– bo wierzę w dzielenie się opowieścią i przydatną informacją.Jeśli jednak uznasz, że coś Ci dały, możesz zostawić mi napiwek, symbolicznie zaproszając mnie na kawę albo piwo:) ☕️🍺.To drobny gest, który bardzo realnie pomaga mi pisać dalej.

Atatürk atrakcje Bizancjum ciasteczka ciekawostki Emirgan Park Hagia Sophia Hekate historia historia Turcji Imperium Osmańskie Istanbul jak dojechać Justynian Kadiköy kawa kawiarnie komunikacja miejska Konstantynopol Konstantyn Wielki książki lektury Marcelina Szumer-Brysz Matka Boska Mała Hagia Sophia Moda Iskelesi Mury Teodozjusza Osmanbey Park Gülhane porady punkt widokowy półksiężyc reportaże Stambuł Stambuł inaczej Stambuł po polsku Stambuł praktycznie Turcja turecka flaga Yedikule Zamek Siedmiu Wież zabytki zabytki bizantyńskie Złota Brama ćwiczenie z wyobraźni śniadanie
