Facebook, przypomina mi nieraz ogromną szkolną klasę, w której to z tej, to z tamtej strony przychodzą do człowieka różne podpowiedzi. I to całkiem na legalu. Jedna taka przyszła od Kasi Bondaruk-Augustyńczyk. Dobra podpowiedź jest na wagę złota, postanowiłam zatem z niej skorzystać już pierwszego dnia mojego marcowego pobytu w Stambule (2024 r.). Niemiecki Schicksal, jak to on ma w zwyczaju, pokrzyżował mi jednak plany.


ALLELUJA!
Trafiłam do Emirgan Park, który Kasia tak sugestywnie opisywała, dopiero parę dni później. Przebijałam się tam z Camlicy (Camlica Tower) różnymi opcjami transportu publicznego. Wdzięczna jestem losowi za to opóźnienie, bo dzięki niemu pierwszy raz pokonałam Bosfor przejeżdżając przez most Bosforski nad wodą, a nie promem po, czy metrem pod nią. Mogłam przez te parę minut podziwiać panoramę na cieśninę, Europę z jednej i Azję z drugiej strony. Dzisiaj to most Męczenników. Przemianowano go dla upamiętnienia tych, którzy zginęli w trakcie ostatniego, nieudanego puczu wojskowego w 2016 r., który nie doprowadził do obalenia Erdogana.


Już po europejskiej stronie trochę się pogubiłam, autobus na który czekałam nie przyjeżdżał, postanowiłam dać się porwać jednemu ze śmigających co chwila busikow zwanych dolmuszami.
Dolmusze to taki transportowy, deszcz meteorytów. „Przelatują” co chwila i robią wrażenie jakby w ogóle nie miały zamiaru się zatrzymać. A jednak. Porywa cię taki busik z przystanku szybko, że nawet nie masz chwili aby się zastanowić, co to, kto to i gdzie podąża? Na pytania jest czas po drodze do „gdzieśtam”. Wtedy może się okazać, że to nie jest twoje zamierzone „tam”. Nie martw się! Dolmusz „wypluje” cię jak wieloryb Jonasza, sprawnie i bez zbędnych opłat przy najbliższej okazji. Miły kierowca, a ja na takiego trafiłam dołączy do tego instrukcję co dalej. I już wiesz, i nie machasz nieprzytomnie na wszystko co się nadarzy. W końcu trafiasz na właściwy kurs, i nabierasz przekonannia, że nie taki chaos straszny i da się go nawet całkiem sympatycznie ogarnąć, że Bóg i jego miłosierdzie istnieją i są przy tobie. Alleluja!
GRATIS
Szczęśliwie wylądowałam pod samym parkiem, od strony lądu przy ulicy Katar. Była wczesna wiosna, drzewa jeszcze nie miały liści, ale było już ciepło i przyjemnie. Przywitały mnie okazałe sosny, między nimi miejsca do piknikowania i pierwsi wczesno wiosenni spacerowicze. Trochę żałowałam, że jestem tu za wcześnie, że pewnie byłoby fajniej jakby wszystko już bujnie rozkwitło. A byłoby co podziwiać! Na niemal 500 000 metrach kwadratowych rośnie tu 120 różnych gatunków roślin. W tym tysiące drzew, oprócz różnych odmian sosen, platany, jodły, cedry, sekwoje, świerki, jesiony, buki, dęby, wierzby.




Ile mnie ominęło! Stęknęłam w duchu. Przestałam jednak marudzić jak tylko dotarłam na szczyt wzniesienia. Tutaj przez te liście co to ich jeszcze nie było, dostałam w gratisie przepiękną panoramę na Bosfor. Uwierzcie mi jest co kontemplować. Całości obrazu dopełniała przytulona do siebie para zakochanych wpatrzona w poprzetykany między gałęźmi, hipnotyzujący błękit, wsłuchana w szum opadających w dół wzniesienia strumyków i miniaturowych wodospadów. Pierwsze tulipany już kwitły a słońce, na szczęście świeciło tego dnia dość mocno.




Chcę tu wrócić. Gdybym miała mieszkać w Stambule, mogłabym właśnie w tej okolicy, choć trochę daleko od knajp Kadiköy, ale niech tam. Plan minimum na przyszłość to zobaczyć Emirgan Park w pełni kwitnienia a już na pewno w kwietniu, kiedy odbywa się tutaj festiwal tulipanów, a ze wzgórz spływają w dół wzniesienia wielobarwne, tulipanowe dywany. Dla dopełnienia statystyk dodam, że prezentowanych jest wtedy ok. 270 różnych odmian tulipanów, rerezentowanych przez zasadzone specjalnie na tę okoliczność 2,5 miliona kwiatów (o historii tulipanów i o tym, że nie pochodzą z Holandii, ale do Holandii przybyły z Turcji przeczytasz TUTAJ)
SZCZĘŚCIE EMIRA GUNE
Miał nosa perski dygnitarz Emir Gune, że poddał Erewań Muratowi IV w czasie jego perskiej kampanii (1635 r.). Sułtanowi, tak się to spodobało, że zabrał ze sobą do Stambułu Emira Gune, który z wiadomych względów nie miał już możliwości powrotu na perski dwór. Podarował mu tereny, zwane wówczas Ogrodami Feridun Beya, a które dzisiaj są ogólnodostępnym parkiem i noszą nazwę na pamiątkę przybysza z Erewania, Emirgan Park (nazwa ewoluowała od Ogrodów Emira Guna).
Obaj panowie, sułtan Murad i Yusuf Pasza, bo tak po przejściu na stronę osmańską przemianował się Emir Gune, przypadli sobie do gustu. Prawdopodobnie głównie ze względu na upodobanie do rozwiązłego stylu bycia, za który oficjalnie Murad karał swoich podwładnych.
I tu czas na ploteczki. Murad należał do władców bardzo surowych, narzucąjacych swoim poddanym wyśrubowane oczekiwania moralne. Zakazywał między innymi spożywania alkoholu, tytoniu a nawet kawy, i za łamanie tych zakazów karał okrutnie. Wiele osób straciło życie, za nieprzyzwoite prowadzenie się. Ograniczenia dotyczyły rzecz jasna podwładnych, nie samego sułtana, który znany był ze skłonności do nadużywania alkoholu. W Parku Emirgan, w pałacu swojego nowego przyjaciela często zdarzało mu się ponoć, organizować huczne orgie. No ale kto widział drogowskaz, który idzie drogą, którą pokazuje? Sam Murad zmarł bardzo wcześnie, bo w wieku 28 lat, na marskiść wątroby.
Może dla zrównoważenia tej rozpustnej przeszłości dziś na terenie parku w jednym z trzech zabytkowych pawilonów można zorganizować także huczne, pobłogosławione jednak i przyzwoite wesele. Pawilony: żółty (Sari Köşk), biały (beyaz Köşk) i różowy (Pembe Köşk), zostały wybudowane w XIX wieku, przez jednego z kolejnych właścicieli tego terenu. Był nim odsunięty od władzy (1879 r.) wicekról Egiptu Ismail Pasza. Żółty pawilon to obecnie kawiarnio-restauracja, biały latem staje się kawiarnią a w różowym można sobie zorganizować wspomniane wesele.
SARAY BYŁ TAK NIEDALEKO
Trzy piękne kioski w jednym parku. Centrum mojego dziecięcego świata był kiosk (mniej urodziwy) na ulicy Chęcińskiej w Kielcach, pełne cudowności miejsce z gumą Donald, ojcowymi sportowymi gazetami, papierosami Popularne, Trybuną Ludu i zawsze nieco naburmuszoną szafarką tych wszystkich cudowności. Jak już nieco podrosłam słowo kiosk przykleiło się do mnie z mocą butaprenu. Nie mogłam się uwolnić. Wydawało mi się absurdalne, a jego odmienność mocno mnie fascynowała. Nie sprawdziłam pochodzenia tego słowa wtedy, może po to aby odkryć je niemal 40 lat później w o wiele fajniejszych okolicznościach? A może to była podpowiedź z kosmosu, że kiedyś pokocham tak bardzo miasto, gdzie jest park z trzema kioskami? Teraz już wiem, że kiosk pochodzi z języka perskiego i oznacza mały pawilon, że miałam w skrawku mojego prlowskiego dzieciństwa kawałek sarayu. Cała Polska nadal jest nim okraszona, jak wielkanocne jaja czerwienią.
To podpowiedział mi park, a ja wam podszeptuję, odwiedźcie to miejsce koniecznie jak tylko będziecie mieli ku temu sposobność. Aby złapać odrobinę oddechu (o jakość tlenu dbają utaj tysiące drzew), dystansu, znaleźć przyjemność w kontemplacji zieleni, błękitu Bosforu, taplających się w stawie kaczek, szumu strumieni i popić to wszystko dobrym czajem albo kawą.
