Złota brama, mury Teodozjusza, zamek Yedikule potem Akwedukt Walensa, po drodze klasztor Peribleptu a jak się dobrze rozpędzę to może pałac Porfirogenetów. Miało być jak po sznurku. Klasyk początkującego odkrywcy Stambułu.
RYZYK FIZYK
Powinności jednak i odbębnianie kanonu to nie jest to co lubię najbardziej. Bywa tak, że rzeczywistość przerasta oczekiwania. Żywy kontakt z miejscem, znanym jedynie z opisów i fotografii, niczym Rozkosznego sernik baskijski, może przyprawić o palpitacje zachwytu. Plan nie pozostawia jednak zbyt dużo miejsca na to co nieoczekiwane. A ja tak lubię niespodzianki. Nawet jak nie zawsze przyjemne, z czasem nabierają mocy wisienki na torcie i to one stają się głównymi bohaterami opowieści. Wpisane w takie upodobanie jest oczywiście ryzyko. No ale „ryzyk fizyk”, kto nie ryzykuje, ten nie ma.


Na starcie niczym gwiazda futbolu zaliczyłam hat tricka. Złota Brama, Mury Teodozjusza II i Twierdza Yedikule. Wszystko w jednym miejscu. Na tym realizowanie wstępnych założeń się zakończyło. Zapamiętałam z jakiegoś artykułu, że do budowy Yedikule Turcy użyli budulca z rozbiórki pobliskich chrześcijańskich świątyń. Tak się akurat złożyło, że jedną z nich oznaczyłam sobie w Google Maps. I zamiast do Akweduktu Walensa udałam się w kierunku dawnego klasztoru Peribleptu, dzisiaj ormiańskiego kościoła św. Jerzego.

Ruszyłam pustymi, cichymi uliczkami, położonymi lekko poniżej poziomu dawnej ulicy Messe, głównego traktu dawnego Konstantynopola. Gdzieniegdzie w betonowy i otynkowany krajobraz wdzierały się fragmenty przeszłości. Tak mi się wydaje, bo nie sprawdzałam tego. Zamiast tabliczek informacyjnych, które mogłyby rozwiać jakiekolwiek wątpliwości, miałam, przypominającą dziecięca wprawkę w robieniu na drutach, fakturę elewacji budynków, nieraz tylko ich fragmentów. Sześć rzędów oczka prawe, dwa rzędy lewe, a tutaj to gruba warstwa kamieni przetykana cienkim paskiem cegieł. Znak rozpoznawczy Bizancjum, które przez różne zawieruchy, trzęsienia ziemi, pożary, nawałnice codzienności przedarło się do współczesności.
NIESPODZIANKA I – BAZAR
Wychodząc zza załomu, nagle trafiłam w tłum, w gwar, którego nic nie zapowiadało. Jakbym przełączyła telewizor na zupełnie inny kanał. Znalazłam się w samym środku lokalnego bazaru. Włamałam się w ten pozbawiony turystów spektakl stambulskiej codzienności od zaplecza, a konkretnie przez stoiska z ziemniakami i cebulą.

Bazar wyglądał jak przygotowana wcześniej scenografia filmowa. Ziemniaki usypane w staranne kopczyki udekorowane czosnkiem. Nie widziałam jeszcze w życiu tyłu jaj na metrze kwadratowym. Od czasu do czasu krajobraz urozmaicały ciuszki wywieszone na wyższych piętrach ekspozycji. Stoiska z rybami, starannie poukładane w kupki liście winogron, głowy kapusty, sałaty. Obowiązywała ścisła specjalizacja. Gdzieś na zapleczu tego bazarowego poruszenia, na poziomie piwnic otwarty mały zakład krawiecki. Co chwilę, a to „pan„ od ryb, a to ten od mięsa śpiewnie zachęcali do zakupienia czegoś na ich straganie.




Wtopiłam się w tłum i popłynęłam przez bazar zgodnie z niosącymi mnie prądami. Gapiłam się na ludzi, którzy w spokoju i z tą turecką godnością wypisaną na twarzach i zaprogramowaną w ruchach, nie tyle robili zakupy, co raczej odprawiali zakupowe, święte rytuały. I nagle, tuż za stoiskiem, już nie pamiętam czy z warzywami, czy jajami, czy kosmetykami pojawiła się brama do dawnego Klasztoru Peribleptos.
KLASZTOR PERIBLEPTU
Może ten bazarowy zgiełk, wcale aż tak bardzo nie odbiega od tego, co tu się działo przed wiekami? Klasztor został wybudowany w l. 1030-34 przez cesarza Romana III. Tłumnie od najdawniejszych czasów przybywali tu pielgrzymi z całej chrześcijańskiej Europy. Chcieli ucałować przechowywane tu relikwie. A było co całować. Czaszka Grzegorza z Nazjanzu, kości św. Mikołaja, kości szczęki św. Szczepana, kości Symeona, kości niemowlęce Zmasakrowanych Niewiniątek, szczątki niewolnicy Tatiany, podobno były tu nawet relikwie św. Jana Chrzciciela. Ja też potrafię przejechać kawał świata, żeby pocałować:), wolę jednak kości obleczone w konkretne, żyjące jeszcze i całkiem sprawne ciało.


Jednym z owych pielgrzymów, wiedzionych, mam nadzieję, bardziej ciekawością niż nekrofilskim obowiązkiem wiary, był hiszpański podróżnik Ruza Gonzales de Clavijo. Jego relacja jest ostatnim zachowanym opisem tego miejsca sprzed upadku Konstantynopola. Wynika z niej, że kościół był jedną z najważniejszych budowli miasta. Pochowany tu został Roman III, ten który z narażeniem państwowej kasy klasztor wybudował, potem Nicefor III, który spędził tu także ostatnie lata życia po abdykacji (1081 r.). Nie wiem, czy Nicefor rekomendował klasztor jako dom pogodnej starości dla abdykujacych cesarzy, po nim jednak jeszcze Jan VI Kantakuzen (1347-54) zdecydował się spędzić w nim jesień swego, wolnego już od monarszych obowiązków życia. Emanuel II Paleolog (1390-1425) chronił się tutaj przed epidemią dżumy. Do tego klasztor był jednym z miejsc, które chętnie odwiedzali przedstawiciele rodziny cesarskiej z dynastii Paleologów. I chyba nic dziwnego, bo jak donosił jeden z pielgrzymów, polski Żyd z Zamościa Symeon (1608 r.), był on położony w wyjątkowo pięknym miejscu, na niezwykłe atrakcyjnym tarasie otoczony ogrodami i źródłami.
Dzisiaj pozostały z tego miejsca jedynie kronikarskie zapisy. Pożar w 1782 r., strawił doszczętnie klasztor, na którego fundamentach w 1887 roku wybudowano kościół ormiański, ten zachowany do dzisiaj. Do Ormian klasztor należał prawdopodobnie już od XVII wieku. Nie ma co do tego pewności za to z przekazaniem praw własności wspólnocie ormiańskiej, związana jest dość smaczna anegdota. Ulubioną konkubiną sułtana Ibrahima była Ormianka Şeker Parça, dosłownie tłumacząc Kawałek Cukru. Nie wiem czy była taka słodka czy raczej miała tak wielkie zamiłowanie do ciasteczek, a może jedno i drugie, ważyła w każdym razie ok. 150 kg i miała na sułtana tak ogromny wpływ, że ten w 1643 roku miał ponoć przenieść prawo własności klasztoru z Greków na Ormian.
SCHIKSAL CZYLI NIESPODZIANKA II
Za drzwiami kościelnej bramy, bazarowy zgiełk wyparła cisza i skupienie. Strażnik obserwujący wchodzących, zawezwał mnie do siebie i poinformował, że mogę wejść do kościoła pod warunkiem, że nie będę nagrywała. Właśnie trwa nabożeństwo a na nagrywanie w czasie nabożeństwa potrzebowałabym specjalnego zezwolenia od Patriarchatu. „Patriarchat” to nie brzmi zachęcająco. Obiecałam, że będę grzeczna. Chyba nie zrobiłam tego zbyt przekonująco, strażnik podążył za mną do kościoła i nie spuszczał mnie z oczu.

W kościelnych ławkach siedziało może pięć babinek, a przy ołtarzu odbywała się celebracja. Kapłan odziany w szatę z brązowego płótna, stał przodem do ołtarza. W wysokiej szpiczastej czapie przypominał bardziej maga niż kapłana. Wokół niego krzątała się grupka chłopców i dziewcząt w strojach przypominających ornaty. Chłopcy piękni i nonszalancko odświętni. Niby rozchełstani – spod ornatów widać im było t-shirty z napisami Puma czy Adidas – skupieni przy tym i w tym skupieniu uroczyści i swobodni zarazem. Pod nogami kręciły im się młodsze, a równie śliczne dziewczynki, które miały na głowach wyszydełkowane w piękne wzory, śnieżnobiałe chusty. Może welony, to byłoby lepsze słowo?
Ksiądz zaintonował pieśń a rozchełstano uroczysta gromadka znieruchomiała i przyłączyła się do niego. Ja odpłynęłam. Śpiewali pięknie! Jak tylko będę miała następnym razem okazję wpadnę tu znowu na nabożeństwo, na te chwilę, kiedy czas przestaje istnieć, kiedy mam wrażenie, że wszyscy ludzie, którzy przewinęli się kiedykolwiek przez to miejsce są tu znowu. A może są i ci, którzy się tu dopiero pojawią, i tak samo jak mi będzie im towarzyszyła gromadka uroczych dzieciaków i ich kapłan nauczyciel. Życzę im aby i ci z przyszłości tak śpiewali.
Kiedy oprzytomniałam nieco, popatrzyłam w bok na mojego Anioła Stróża. Zniknął. Czyżby jednak mi zaufał? Ja w duchu podziękowałam swojej niesubordynacji i intuicji, że zaprowadziła mnie dzisiaj w to miejsce.
Nie wiem czy idziecie przez życie zgodnie z założeniami? Mnie, każdy, choćby najbardziej misterny plan, niemiecki Schicksal ( tł. przeznaczenie) rozwala jak czterolatek klocki. A może to Wielka Kosmiczna Księgowa, koryguje założenia, bo wie co dla mnie lepsze? Tak czy siak nie dotarłam tego dnia do Akweduktu Walensa. Schicksal zaprowadził mnie tam, też wbrew wcześniejszym założeniom, innym razem i wpakował niemal w sam środek palestyńskiej demonstracji, no ale wiadomo, to już może nie zupełnie, ale jednak inna historia.

Czytam teksty Marty i czuję, że w środku mnie coś się porusza. Coś się odrywa, płynie, kołysze, czasem pędzi jak szybki wiatr. Mianownik jest zwykle wspólny – spontaniczność, żywe zaciekawienie i dość rzadki talent, który autorka Wolnego Wybiegu z pewnością posiada. Czytasz jej notki, opowieści, lekko rzucone refleksje i nie wiesz kiedy – jesteś przenoszony/a do przestrzeni z inną geografią, z innym kalendarzem. Tam gdzie głębokie Ja tak chętnie znajduje poczucie wolności i beztroski.
Marta potrafi uwolnić tęsknoty za pięknem, za tym, co niby takie proste, a jednocześnie odkrywcze i przejmujące. Przywołuje psy, które chcą się z nią zakumplować gdzieś w baśniowej Anatolii o czwartej nad ranem. Wskrzesza zawieszoną przed wiekami modlitwę, która czekała na tę chwilę może dwieście, a może tysiąc pięćset lat. A wszystko w starym jak świat ormiańskim kościele, spychanym przez złotą bramę i jej cesarza – wyraźnie nadal bez sukcesu.
Czytasz nuty rozrzucane przez przewodniczkę po Wolnym Wybiegu, a już po chwili one zaczynają grać w Tobie Twoje własne melodie. Bo ona zaraża. Zaraża spotkaniem, w którym jedna osoba spojrzała na drugą i to dało początek uśmiechowi, gestowi i niespodziewanej wymianie, choćby krótkich niewerbalnych zdań. Zaraża zwykłym cieszeniem się z tego co właśnie znalazła, czy z rozwiązania, które pozwoliło b y ć i nie poddać się. Jeśli podbija Kapadocję i robi to na piechotę i robi to w 43 stopniach Celsjusza i robi to, żeby podzielić z nami tym, jak niezwykle tam jest i cieszy się, że wymyśliła jak uniknąć udaru głowy – poprzez zawijanie na tej głowie mokrej chusty – to mi samej robi się radośnie i zaczynam czuć chłodną ulgę na czole. Kiedy indziej, kiedy …… rzuca coś w stylu „czasem przychodzi czas strat” i znowu jest panią sytuacji.
Marta nawet kiedy pokazuje niekończącą się ciastkową paletę kolorów jak z tysiąca i jednej … tureckich witryn, żeby się zachwycić – to dalej ona sama tworzy więcej barw i odcieni, niż cukiernie nad Złotym Rogiem i wybrzeżem azjatyckim razem wzięte. Może dlatego Wolny Wybieg tak wciąga, tyle daje i tak cieszy.
EwaP. Ja się takim komentarzem czuję zaszczycona. Nie dość, że zaszczycona to zachwycona, bo to w dodatku tak pięknie napisane. Dziękuję🥰