Punkty widokowe w Stambule

Herodot wspomniał, że Dariusz (550 – 486 r. p.n.e), król Persów, siedział tutaj i patrzył na Pont (dawna nazwa Morza Czarnego). Jak zapisał, widok ten wart był zobaczenia. Jest to prawdopdobnie pierwsza znana wzmianka, w której występuje punkt widokowy w Stambule:). Postanowiłam być jak Dariusz. I powiem wam, że to widok monumentalny, szczególnie kiedy horyzont rozmywają lekkie mgły a tankowce suną majestatycznie po tafli Bosforu. Po jednej stronie czeluść końca świata. Po drugiej grafitowe zarysy stambulskich wieżowców. Ja na miejscu Dariusza, rzuciłabym to królowanie „w diabły“ i została mnichem kontemplacji widokowej. Dzisiaj możecie po prostu zapakować termos kawy do plecaka, wdrapać się na górę, zasiąść na resztkach dawnego muru obronnego i przez chwilę stać się częścią dziejącej się tutaj historii. A wiedzcie, że miejsce w którym zasiądziecie nazywało się Hieron, czyli święte. Jego turecka nazwa to Yoros Kalesi.

Po dzisiejszych ruinach dziedzińca dawnego zamku, krzątali się już Fenicjanie, po nich starożytni Grecy. Odnaleziono tu nawet ślady ołtarza dwunastu bogów i Zeusa Ouriosa, dawcy pomyślnych wiatrów. To pewnie dlatego dzisiaj miejsce to nazywa się Yoros.

Niektórzy twierdzą, że to tu mityczni Argonauci w drodze powrotnej z Kolchidy, wybudowali ołtarz poświęcony dwunasty bogom. Jeśli nawet nie wybudowali, przepływali obok, Jazon i spółka i jemu podobni śmiałkowie. Możecie zobaczyć (oczami wyobraźni rzecz jasna) ich statek jak mknie na spotkanie Symplegadom, ruchomym skałom, majaczącym na styku cieśniny i Morza Czarnego, przez które Argonauci mieli przedostać się w drodze do Kolchidy.

Jan Chryzostom „Niewyparzony”

Kiedy już odprawicie wzrokiem, ginący na horyzoncie okręt Jazona, przenieście się do roku 403, uśmiechnijcie się i pokłońcie nisko, bo prawdopodobnie ten, który z gromady Bizantyńczyków przygląda się wam i wyróżnia przy tym postawą, to biskup Konstantynopola, największy kaznodzieja kościoła wschodniorzymskiego, jeden z czterech wielkich doktorów Kościoła Wschodniego, święty Kościoła katolickiego i prawosławnego Jan Chryzostom czyli Złotousty. Głosząc chwałę chrześcijańskich cnót takich jak ubóstwo, wstrzemięźliwość i jałmużna, krytykując przy tym nadużycia na dworze cesarskim musiał się doigrać. Nie zmilczał też swojego krytycznego stosunku do pozycji i poczynań cesarzowej Eudoksji, której pomnik właśnie wzniesiono przed katedrą Hagia Sophia. Miał ponoć powiedzieć: „Herodiada znów szaleje, znów się burzy, znów tańczy i znów chce głowy Jana“ (nawiązał do biblijnej Herodiady i Jana Chrzciciela).

Takich aluzji Eudoksja nie zwykła puszczać płazem. Dała swoje błogosławieństwo przeciwnikom Jana Chryzostoma, jego głównemu konkurentowi Teofilowi z Aleksandrii, który miał chrapkę na konstantynopolitański stolec biskupi, zazdrośnikom, innym kolegom biskupom, duchownym nizszego szczebla i dworzanom urażonym wcześniejszymi kazaniami Chryzostoma. Dla nich był on zapewne nie tyle złotousty co raczej miał „niewyparzoną gębę“. Nie przypuszcam, aby było to środowisko, które bawi sie w kurtuazję.

Zwołali oni synod „pod dębem“, później nazwany, i słusznie, zbójeckim. Oskarżyli Jana o różne nadużycia, często sfabrykowane i doprowadzili do jego usunięcie ze stanowiska i wygnania z Konstantynopola. Jednym z etapów jego późniejszej tułaczki był Hieron właśnie.

„Kara boska”

Gdyby Jana wygnano w Konstantynopola w 764 r. mógłby z niedowierzaniem patrzeć w dół, na grubą kreskę Bosforu przecinającą krajobraz. Miałby też prawo przypuszczać, że to sam Bóg zsyła na Konstantynopol karę, za tak niesprawiedliwy wyrok na wiernym jego słudze. Oto morze zamarzło, a wiatr zdmuchiwał góry lodowe w kierunku cieśniny i dalej do Prepontydy (dawna nazwa Morza Marmara). Uderzały one we wzniesienie Hieronu a potem nawet w morskie mury Konstantynopola (podobna rzecz zdarzyła się jeszcze tylko raz w XIII wieku). Ale chyba nie był człowiekiem, który poczułby w związku z tym jakąkolwiek satysfakcję. Przypuszczam, że sam widok wystarczał, by zachwycić się mocą natury – i nie wymagało to rozgrzeszenia.

Nasi tu byli

Między 821 a 822 r. pojawił się tu także Tomasz Słowianin, to ten gość z pochmurną miną przy bramie, dyrygujący wojami, którzy właśnie wchodzą do osady. Tej bramy jeszcze nie było, powstanie parę wieków później, ale może był jakiś drewniany jej odpowiednik? W każdym razie możecie sobie wyświetlić na murze napis „Nasi tu byli“. No prawie nasi. Tomasz to bardzo ciekawa postać. Potomek słowiańskich przesiedleńców do Azji Mniejszej, taki wschodni fluchtlinge (uciekinierzy). Dochrapał się funkcji oficera w armii bizantyńskiej a przy okazji znalazł w bliskim otoczeniu cesarza Leona V, by w końcu stać się jego przeciwnikiem. Po śmierci tegoż, ogłosił się cesarzem i stanął na czele powstania przeciwko nowemu władcy Michałowi II. Powstańcy między innymi opowiadali się za przywróceniem ikon. Tomasz obległ Konstantynopol. Bułgarzy, którzy przybyli na pomoc Michałowi II przesądzili jednak o jego klęsce. W 823 r. Został schwytany i brutalnie stracony. Tak brutalnie, że nie odważę się tego tu opisać, bo nie wiem czy nie czytają tego dzieci, albo osoby wysoko wrażliwe. Dodam tylko, że wydali go cesarzowi jego koledzy z powstania, by ratować własną skórę.

Thomas i jego flota przepływają z Abydos do Tracji. Miniatura z madryckiego Skylitzes

Wodna husaria

„Nasi“ pojawią się tu jeszcze parę razy. W 941 r. przez Dniepr od strony Morza Czarnego nadpłynęło, jak podają źródła, dziesięć tysięcy ruskich łodzi (z pewnością liczba przesadzona, ale zapewne oddająca skalę najazdu). To Igor Rurykowicz syn Olega, postanowił skorzystać z okazji. Cesarz zajęty był właśnie wojną z Arabami i zostawił Konstantynopol niemal bez obrony.

Ogień grecki

Od strony Konstantynopola nadpłynął jedynie admirał Theofanes z nielicznym oddziałem. No ale, ówczesna flota bizantyńska to była taka morska husaria tamtego czasu. Jak się ma odpowiednik dzisiejszego napalmu, żadne drewniane łupiny nie są straszne. Ogień grecki, czyli mieszanina siarki, ropy, saletry, która paliła się nawet na wodzie, dopełniła dzieła. Po ruskiej flocie nie było co zbierać.

Kozacka fantazja

Okazuje się, że tą samą drogą, co flota Rurykowicza, zapuszczali się w te okolice parę wieków później także Kozacy. W 1624 r. flota stu pięćdziesięciu czajek (lekkie łodzie) przepłynęła przez Morze Czarne aby zaatakować miasta i wsie nad Bosforem. Wypraw tych w tym czasie można naliczyć więcej, i były zaskakująco skuteczne. Kozacy palili porty, uwalniali chrześcijańskich jeńców, zdobywali łupy i znikali zanim Osmanowie zdążyli odpowiedzieć. Czyż za takie piękne janosikowanie, nie można im darować tych dwunastu punktów dla Niemców na wczorajszej Eurowizji?

Złoty interes

Kozacy to był spory przeskok, przewińmy taśmę i wróćmy jeszcze do XIII wieku, bo wtedy powstaje tutaj zamek, którego pozostałości macie przed sobą. Po drugiej stronie Bosforu, wybudowano niemal bliźniaczą warownię, a między nimi rozciągano olbrzymi łańcuch, taki jak na Złotym Rogu. Łańcuch ten miał chronić cieśninę przed ewentualną inwazją od strony Morza Czarnego, miał też funkcję gospodarczą. Już Justynian ustanowił w Hieron punkt ściągania opłat. Statki, które chciały przepłynąć z Morza Czarnego do Konstantynopola i dalej przez Morze Śródziemne musiały się tu zatrzymać i uiścić cło lub opłatę tranzytową. I tak już zostało nawet w czasach Mehmeta II i jego następców.

Zamek Genueński

Hieron, czyli dzisiejszy Yoros, bywał nazywany także Zamkiem Genueńskim. Nazwa ta niesie pamiątki czasów, gdy o to strategiczne miejsce zacięte boje toczyli Bizantyńczycy, Genueńczycy i Turcy. Przestawicie licznik na 1305 rok: po raz pierwszy słychać tu jazgot bitewny zmieszany z tureckimi okrzykami. Turcy pojawią się tu, na krótko. Jednak nie minie sto lat, gdy pojawi się tu w 1391, ze swoimi oddziałami Bjazyd I. Tym razem zostanie na dłużej, jeszcze nie na stałe. Już snuje swoje plany opanowania Konstantynopola. Stąd będzie nadzorował budowę twierdzy Anadolu Hisari, której ukończenie miało stać się kolejnym krokiem w kierunku realizacji tego marzenia. Tak przy okazji wiedzcie, że jak coś nazywa się anadolu to już wiadomo, że mieści się po azjatyckiej, a jak rumeli to po europejskiej stronie Bosforu.

W 1399 r. Bizantyńczycy spróbują odbić Yoros z rąk tureckich. Nawet król Francji Karol VI, zwany także szalonym (twierdził, że jet zrobiony ze szkła i nie wolno go dotykać) przysłał tu swojego marszałka Boucicanta, aby pomóc Bizantyńczykom odzyskać Hieron. Sztuka ta mu się nie udała a na „pocieszenie“ Bizantyńczycy spalą Anadolu Kavagi, wioskę u stóp wzniesienia, do której najlepiej wybrać się promem jak chcecie odwiedzić Yoros Kalesi.

Oto i sam Boucicant adorujący św. Katarzynę

Naiwnie nie podejrzewam Boucicanta o udział w tej masakrze. Był to człowiek wyjątkowej szlachetności. Ponoć uczestnicząc w pielgrzymce do Ziemi Świętej dobrowolnie oddał się w niewolę niewiernym aby dotrzymać towarzystwa swojemu, pojmanemu wcześniej szlachetnie urodzonemu koledze. A jeśli zwiedzaliście Malbork, może jego duch mignął wam gdzieś pomiędzy zamkami. Mógł mieć twarz Leona Niemczyka, który w Krzyżakach odgrywa rolę Fulko de Lorche z Lotaryngi. Nauki rycerskiego rzemiosła pobierał bowiem u „naszych“ Krzyżaków. Tyle, że nie miał z nimi tak traumatycznych przeżyć jak biedny Fulko.

A skąd nazwa Genueński Zamek. Jeszcze na krótko, w 1414 r. to Genueńczycy z Pery, odbiją Hieron z rąk tureckich. Wygna ich stąd dopiero Mehmet II po zdobyciu Konstantynopola. Dla przypomnienia, Pera czyli dzisiejszy teren wokół wieży Galata, był to obszar od 1273 r. zarządzany przez przybyszy z Genui. Michał VIII Paleolog, przekazał im ten go, jako wyraz wdzięczności za wsparcie w odzyskaniu Konstantynopola z rąk Łacinników.

Genius Loci

I dzisiaj idąc wzdłuż drogi, na szczyt wzniesienia, gdzie na górze znajdują się ruiny zamku, znajdziecie tablice ostrzegające, że przechodzicie obok terenów wojskowych. Do dzisiaj bowiem dolne kondygnacje dawnych obwarować zajmowane są przez koszary republikańskich spadkobierców osmańskiej przeszłości.

Punkty widokowe w Stambule

Jak dojechać do Yoros Kalesi?

Najlepiej promem z Üsküdar do Anadolu Kavaği a potem krótki spacer na górę i gotowe.

Dla tych bez kawy i dla tych głodnych – porada bardzo praktyczna.

Restauracja Yoros w Stambule

Jeśli nie macie termosa, nie martwcie się. Nieco poniżej poziomu zamku znajduje się restauracja z tarasem, na którym możecie pić kawę i delektować się widokiem. Niestety, jeśli szukacie także kulinarnych wrażeń, raczej ich tutaj nie znajdziecie. Lepiej poszukać ich w Anadolu Kavaği, większa szansa, że tam je znajdziecie:).


Atatürk atrakcje Bizancjum ciasteczka ciekawostki Emirgan Park Hagia Sophia Hekate historia Istanbul jak dojechać Justynian Kadiköy kawa kawiarnie komunikacja miejska Konstantynopol Konstantyn Wielki książki Küçük Ayasofya Camii lektury Marcelina Szumer-Brysz Matka Boska Mała Hagia Sophia Moda Iskelesi Mury Teodozjusza Osmanbey Park Gülhane porady punkt widokowy półksiężyc reportaże Stambuł Stambuł inaczej Stambuł praktycznie Turcja turecka flaga Yedikule Zamek Siedmiu Wież zabytki zabytki bizantyńskie Złota Brama çiğ köfte ćwiczenie z wyobraźni śniadanie św. Mikołaj

Hieron Yoros Kalesi punkt widokowy w Stambule

Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *