A co, jeśli św. Mikołaj… nie istniał? Nawet ten „prawdziwy” z Myry.
Czyli historia św. Mikołaja, którego nie było. O opowieści, która jest ponad fakty. Obiecuję wam nie bedziecie płakać. Drogie „dzieci“, zaraz wam wszystko opowiem.

Myra, Demre i „historia prawdziwa”


To, że św. Mikołaj nie istnieje, mniej więcej orientujemy się na etapie nauki czytania i pisania.
O tym, że jego pierwowzorem miał być Mikołaj, biskup z Myry, dowiadujemy się nieco później: w szkole, w podróży po Turcji, najczęściej gdy uda nam się zabłądzić do Demre, małego miasteczka w Antalyi. Bo Demre to starożytna Myra, której biskupem miał być ów Mikołaj.

Można też po prostu przeczytać któryś z okazjonalnych grudniowych artykułów świątecznych. „Prawdziwa historia św. Mikołaja” to jeden z najpopularniejszych tytułów internetowych. A że to jeszcze grudzień, a ja od roku zbieram się do napisania tego materiału, czas wreszcie z małym poślizgiem, za to pokerowo przebić stawkę i napisać jeszcze jedną historię tego świętego — jeszcze prawdziwszą.

Bardzo rzadko przebija się do popularnych mediów myśl, że sam biskup mógł być jedynie mitycznym wcieleniem zbiorowej fantazji o dobru: o sprawiedliwości, hojności i opiece nad słabszymi. Fantazji tak silnej, że z czasem przybrała postać konkretnej osoby, a potem — świętego. Tak przekonującej, że pomimo iż w świecie naukowym jego faktyczne istnienie od dawna jest poddawane w wątpliwość, a nawet polski Kościół katolicki od 1986 r. dzień św. Mikołaja z obowiązkowego uczynił wspomnieniem dobrowolnym, nadal funkcjonuje w przestrzeni publicznej, a szczególnie w „historiach prawdziwych“, jako postać z krwi i kości.

Tak bardzo chcemy wierzyć. Skoro już nie możemy w pędzącego po niebie, siwobrodego dziadka z Laponii, to chociaż w niezwykłego biskupa z Myry.

Może to siła jego legendarnego cudotwórczego portfolio? Znajduje się tam kilka spektakularnych dokonań. Mnie najbardziej przekonuje jedno: ocalił ponoć od kiepskiego losu trzy młode dziewczyny. Ojciec ich, nie mając posagu, wpadł na powszechny w tym czasie pomysł, że mogą sobie na niego zarobić same. Czasy były mało subtelne, wybór prac dla kobiet raczej ograniczony. Miały więc, zgodnie z ową powszechną praktyką, trafić do domu publicznego. I nie — nie miały tam zmywać naczyń.

Od dość kiepskiego i, powiedzmy sobie szczerze, raczej nie wróżącego zamążpójścia losu ocalił je Mikołaj, podrzucając najpierw przez okno, a na koniec przez komin po sakiewce monet dla każdej z córek. Pieniądze miały pochodzić z majątku rodziców Mikołaja, które po ich śmierci rozdawał potrzebującym.

Są też tacy, którzy traktują samego świętego niczym kowboja chrześcijańskich prerii, który stoi na straży „jedynie słusznej” wykładni nauk chrystusowych. Za żywego bohatera: patrona dzieci o dobrym sercu, a przy tym człowieka, który — jak głosi tradycja — plasnął na soborze w Nicei Ariusza boleśnie w twarz. Wymierzył mu cios za jego „niecne” nauki o naturze powiązań między Bogiem a jego Synem. Niektórzy to wydarzenie sprzed tysiąca siedmiuset lat przeżywają do dzisiaj jak Tomaszewskiego obronę karnego na Wembley (1973 r.).

Mogę chyba napisać, że Mikołaj to święty wielofunkcyjny i niejednowymiarowy: łagodny dla potrzebujących, srogi dla wiarołomców; swoją drogą, miał także gnębić pogan, burzyć ich świątynie i budować na ich miejscu katolickie kościoły. W sumie zadziwiające, że jest dzisiaj symbolem ekumenicznego porozumienia między wyznaniami. Historia potrafi płatać figle.

Krytyka historyczna


Tymczasem nie istnieje żadna — ani jedna — przesłanka historyczna, która wskazywałaby, że Mikołaj, biskup Myry, to postać autentyczna. Pierwsze wzmianki, już w formie przekazów legendarnych, pojawiają się ponad dwieście lat po domniemanej śmierci biskupa. W zachowanych najwcześniejszych spisach biskupów uczestniczących w soborze nicejskim nazwisko Mikołaja nie figuruje, za to pojawia się Adon, biskup Licji. Dla niewtajemniczonych: Myra to była część Licji, ówczesnej prowincji cesarstwa.

Owszem, Mikołaj pojawia się w późniejszych kompilacjach wykonanych w języku greckim. Wygląda jednak na to, że nazwisko to zostało dopisane już po paru setkach lat od zakończenia soboru. Euzebiusz z Cezarei, uczestnik soboru, nie wspomina nigdzie ani o Mikołaju, ani o spoliczkowaniu Ariusza. Żaden z pisarzy i hagiografów nie wspomina Mikołaja z Myry do 583 r.! Przypomnę, że według powszechnie podawanych informacji Mikołaj miał umrzeć w 343 r. Co bardziej dociekliwych odsyłam do artykułu w TP. Nie będę w tym miejscu przepisywać dobrze skrojonego uzasadnienia — namiar znajdziecie na końcu tekstu.

Oczywiście pojawiają się argumenty, że w takich czasach duża część dokumentów zaginęła. Jednakże, biorąc pod uwagę skalę znaczenia, inne możliwości utrwalenia się na listach uczestników licznych biskupich workshopów tamtych czasów, dominujący jest fakt, że z żadnej z nich nie skorzystał.

Czy to jest aż tak istotne, czy św. Mikołaj żył naprawdę?


Pisząc o postaciach i wydarzeniach z czasów przednowoczesnych, często — jeśli nie przeważnie — zapominamy, że nie istniała wówczas taka kategoria jak fikcja. Władcą ludzkiej wyobraźni był mit. Dla ówczesnych ludzi nie był zmyśleniem, lecz prawdą o świecie: odsłaniał uniwersalne struktury porządku rzeczy i drogi ludzkiego życia.

Co najważniejsze dla tej opowieści — wszystko rozgrywało się „naprawdę”. Nie istniała wyraźna granica między światem realnym a tym, co dziś nazwalibyśmy wyobrażonym. Bogowie rzeczywiście działali w świecie żywych, sny decydowały o przyszłości, święci żyli i pomagali ludziom. Tak jak my szukamy argumentów, tak oni szukali objawień. Mit wjeżdżał w rzeczywistość niczym pociąg w publiczność na pierwszym pokazie filmu braci Lumière.

Od momentu, gdy nauczyliśmy się komunikować, żyjemy opowieściami, które tworzą i tłumaczą nam świat, w którym żyjemy. Bez względu na to, ile mają wspólnego z faktami, sprzężone z naszym światem wewnętrznym wzruszają, rozczulają, złoszczą, motywują, karmią nasze lęki, odpowiadają na nasze najgłębsze pragnienia: wypełniają ogromną przestrzeń naszej emocjonalnej rzeczywistości, która potem… staje się ciałem. A jak pokazują czasy współczesne — bywają silniejsze od faktów.

To nie przypadek, że, tak jak Konstantyn Wielki w swoich czasach, współcześni politycy walczą przede wszystkim narracjami — bo fakty zbyt często skazują ich na niechybną porażkę.

Prawdziwsza historia św. Mikołaja

To, że historycznie nie potwierdzono istnienia postaci opisanej w legendach, nie oznacza, że pewnego dnia — w Myrze lub gdzie indziej — nie pojawił się człowiek. Może chrześcijanin, może duchowny, niekoniecznie biskup. To detale mniej istotne niż jedno, jedyne, co zrobił: uczynił dobro.

A dobro, raz opowiedziane, potrafi żyć swoim życiem, niezależnie od faktów. Tu mógłby wjechać miniwykład o archetypach Junga czy drodze bohatera Josepha Campbella, wykaz bogów, świętych i bohaterów czyniących dobro. Ale to już zdecydowanie przerasta formę tego wpisu. Ciekawych odsyłam do odpowiednich polecajek na końcu.

Bez względu na to, co było pierwsze — dobro okazane czy zapotrzebowanie na dobro, potrzeba czy działanie, czyn czy pragnienie — z biegiem czasu obrastało w historie, które ludzie przekazywali sobie przez wieki, dodając z czasem nowe elementy. Bo opowieść, szczególnie kiedy żyje w przekazie ustnym, nabudowuje się jak kula śniegowa: jest ciągle żywa i, w zależności od czasu, wciela się w nowe postaci i okoliczności. „Słowo wyleci wróblem, a powróci wołem“ — miał mawiać Władysław Jagiełło. Lepiej tego mechanizmu w jednym zdaniu nie można było wyrazić.

Naukowcy zwrócili uwagę, że legendy o św. Mikołaju mają ślady dawnych pogańskich podań. Jego „cuda“ odpowiadają na najbardziej palące potrzeby ówczesnego życia społecznego: ratuje żeglarzy na morzu, skazanych na śmierć, potrafi wpłynąć na władcę, czy nawet wskrzesić umarłego. „Soborowym bokserem“ zapewne staje się w momencie natężenia sporu z Arianami. Wreszcie tak bardzo odkleja się od swojego, nawet tego wyimaginowanego żywota, że mknie jako baśniowy woźnica po rozgwieżdżonym niebie w saniach zaprzężonych w renifery.

Historia ta zakreśliła swoiste koło. Ratując trzy młode niewiasty przed marnym losem nierządnic w jednym z burdeli zagubionych gdzieś na rubieżach Imperium Rzymskiego, sam „zaczął“ na skalę globalną „kupczyć“ własnym wizerunkiem. Dzisiaj to zdecydowanie patron Coca-Coli, przedświątecznych zakupów — gość, który spróbuje sprzedać ci mydło i powidło, nawet podlane alkoholem. Wczoraj wszechstronny święty, dzisiaj sprzedawca.

Więc może zamiast o historii św. Mikołaja powinnam pisać o historii opowieści, której stał się bohaterem. A że opowieść nie musi przedstawiać prawdziwych faktów, aby stać się prawdą o najskrytszych ludzkich pragnieniach, tęsknotach, potrzebach, i ta jest najprawdziwsza na świecie.

Ważne, czy i wy tęsknicie i potraficie to okazać myślą, uczynkiem i barwną opowieścią. 

Jeśli ktoś z was ma pomysł na jeszcze prawdziwszą historię, chętnie posłucham.

➡️ Wszystkie treści tworzę i udostępniam co łaska. Jeżeli i ty masz ochotę przez chwilę być św. Mikołajem, zapraszam. Link do dystrybutora łask, i wszelakiego dobra znajdziecie jak zwykle ⬇️🐓🐣🐤

WolnyWybieg

Atatürk atrakcje Bizancjum ciasteczka ciekawostki Emirgan Park Hagia Sophia Hekate historia Istanbul jak dojechać Justynian Kadiköy kawa kawiarnie komunikacja miejska Konstantynopol Konstantyn Wielki książki Küçük Ayasofya Camii lektury Marcelina Szumer-Brysz Matka Boska Mała Hagia Sophia Moda Iskelesi Mury Teodozjusza Osmanbey Park Gülhane porady punkt widokowy półksiężyc reportaże Stambuł Stambuł inaczej Stambuł praktycznie Turcja turecka flaga Yedikule Zamek Siedmiu Wież zabytki zabytki bizantyńskie Złota Brama çiğ köfte ćwiczenie z wyobraźni śniadanie św. Mikołaj

jeszcze prawdziwsza historia św. Mikołaja

Post navigation


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *