Co łączy róże z parku Gülhane z jedną ze stambulskich dzielnic i karą, także tą najcięższą? Czy ogrodnik może być katem?
Czyli o magii sułtańskich ogrodów, która połączyła – wydawałoby się – niepołączalne. Wbrew regułom dobrego suspensu zagadkę rozwiążę na samym początku opowieści. Bostancı to słowo-klucz tej historii.
Wielu z was zna dzielnicę Stambułu o tej nazwie albo przynajmniej przystań, z której wiedzie najkrótsza droga na Wyspy Książęce. W czasach osmańskich to tutaj znajdowały się ogrody i sady, które dostarczały świeże warzywa i owoce wprost do pałacowej kuchni. Pamiątką tej specjalizacji jest dzisiejsza nazwa dzielnicy:
➡️ bostan – ogród warzywny, sad
➡️ bostancı – ogrodnik
A na początku był ogród
W tym ogrodzie człowiek sadził, doglądał i pielęgnował rośliny. Aby pielęgnować, musiał też coś przyciąć, wyciąć, wyplewić, wyeliminować. „Wyrwać chwasta“, usunąć suche liście, zabić kreta. Usunąć wszystko, co oszpeca ogród i nie pozwala wzrastać zdrowym roślinom.

Kosmos objawiony
Ogród w Imperium Osmańskim to nie było po prostu miejsce relaksu. Był kosmicznym misterium. Osmanowie widzieli w nim odwzorowanie wiecznego ładu, którego niemal boskim reprezentantem na ziemi miał być sułtan. Niby nic nowego, wszak przeświadczenie o boskim porządku, który legitimizuje władzę, przejęli od Bizantyńczyków.
Ogród symbolizował porządek kosmiczny, którego odwzorowaniem był także ten ludzki, na którego czele stał sułtan.
Siłą rzeczy ogrodnik, który usuwał chwasty w prawdziwym ogrodzie, z biegiem czasu stał się także tym, który całkiem realnie usuwał wszystko, co nie pasowało do sułtańskiego ogrodu władzy.
Bodyguard sułtana
Bostancı, ten z ogrodu przypałacowego, z biegiem czasu stał się także strażnikiem i zarządcą – szeryfem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo w najbliższym otoczeniu sułtana i w mieście, które było stolicą imperium. Powstała wydzielona jednostka wojskowa, zwana Bostancı.
Zarządzali ogrodem, kupowali sadzonki róż, tulipanów, hortensji, tyczki ogrodowe, plecione kosze, w międzyczasie patrolowali wybrzeże Bosforu, pilnowali porządku w mieście, a kiedy zaistniała taka potrzeba – dyskretnie dusili albo publicznie ścinali tych, którzy nie pasowali do sułtańskiego ogrodu władzy.
Kat miejski
Stambuł nie miał wydzielonego urzędnika, który zajmował się wykonywaniem kary śmierci. Brudną robotą zajmował się główny ogrodnik, Bostancı basha. W zależności od charakteru sułtana bywał ciężko albo jeszcze ciężej obciążony pracą. Karą śmierci w Imperium Osmańskim szafowano dość szczodrze.

Parę przykładów
➡️ Selim I zwany w Turcji jako Yavuz (Ponury, Srogi) w polskiej historiografii utrwalony jako Groźny (1512 – 1520) – panował osiem lat i zdążył ponoć, jak podają niektórzy, skazać na śmierć w tym czasie trzydzieści tysięcy osób. I nawet jeśli ówcześni kronikarze przesadzali, liczy się skala, a ta już bardziej jest przekonująca.
➡️ Ibrahim zwany Szalonym (1640–1648) – rozkazał zaszyć w worki i utopić w Bosforze większość z dwustu osiemdziesięciu konkubin ze swojego haremu. Niektórzy twierdzą, że wszsytkie. Historyczne źródła nie sa w tym względzie prezyjne.
Legenda o sorbetowym wyroku
Odziani w głęboko wycięte koszule, odsłaniające ich umięśnione klaty i ramiona, mężczyźni zgłaszali się po delikwenta. Jeśli ten zajmował wyższe stanowisko państwowe, wizyta taka, jeszcze niczego nie przesądzała. Przedstawienie było dość wyrafinowane – to było tylko bardzo uprzejme zaproszenie na sorbet. Odstawiano urzędnika do głównego ogrodnika, który częstował „gościa” słodkim deserem. To jego kolor był decydujący. Biały oznaczał ocalenie, czerwony – wyrok śmierci. Statystyki nie podają, ile bostancı basha zaserwował białych sorbetów i ile urzędników zeszło po drodze na zawał serca.
Jak to Turcy, najgorszą wiadomość potrafili osłodzić i podać grzecznie. Nawet taką, po której można było stracić głowę. I to odbywało się grzecznie i higienicznie. Szlachetnej krwi nie przelewano. Lecz dyskretnie skazańca duszono. Ale to już inna opowieść.
Współcześni janczarzy zieleni miejskiej
Przy odrobinie szczęścia możecie spotkać w Stambule współczesne wcielenia Bostancı – oddziały odzianych w specjalne uniformy, zasłoniętych plastikowymi hełmami i przyłbicami kosiarzy trawy. Ja spotkałam ich na wybrzeżu Marmary, nieopodal Moda Iskelesi. Nie mając jeszcze pojęcia o bostancı pomyślałam, że to duchy janczarów, specjalnych oddziałów oddelegowanych do koszenia trawy. Uśmiechnęłam się wtedy do tego skojarzenia.

Sami powiedzcie – czy bardzo się pomyliłam?
A przy okazji jakiego koloru sorbety preferujecie? Ja zdecydowanie czerwone. Marny mój los;).
➡️ Wszystkie moje teksty są dostępne za darmo. Jeśli jednak uznasz, że coś Ci dały, zainspirowały, po prostu chcesz wesprzeć mnie w dalszej pracy, możesz zaprosić mnie na wirtualną kawę ☕️.
To drobny gest, który bardzo realnie pomaga mi pisać dalej.❤️

Atatürk atrakcje Bizancjum ciasteczka ciekawostki Emirgan Park Hagia Sophia Hekate historia historia Turcji Imperium Osmańskie Istanbul jak dojechać Justynian Kadiköy kawa kawiarnie komunikacja miejska Konstantynopol Konstantyn Wielki książki Küçük Ayasofya Camii lektury Marcelina Szumer-Brysz Matka Boska Mała Hagia Sophia Moda Iskelesi Mury Teodozjusza Osmanbey Park Gülhane porady punkt widokowy półksiężyc reportaże Stambuł Stambuł inaczej Stambuł praktycznie Turcja turecka flaga Yedikule Zamek Siedmiu Wież zabytki zabytki bizantyńskie Złota Brama ćwiczenie z wyobraźni śniadanie
